Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Otwarte w 1889 roku

Dzisiaj mija 107. rocznica urodzin Stanisława Marusarza, polskiego skoczka narciarskiego, dwuboisty i alpejczyka

Stanisław Marusarz to czterokrotny olimpijczyk, siedmiokrotny uczestnik narciarskich mistrzostw świata, kurier tatrzański, podporucznik Armii Krajowej, trener sportowy

Wicemistrz świata w skokach z 1938 z Lahti, piąty zawodnik konkursu skoków i siódmy w kombinacji na igrzyskach w 1936, czwarty skoczek mistrzostw świata w 1935 oraz piąty w 1939, zdobywca Pucharu Tatr w 1948 i 1949, zwycięzca memoriału Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny w 1952.

 

Stanisław Marusarz – „Dziadek”

Dzisiaj mija rocznica 107 urodzin Stanisława Marusarza – legendy polskich nart. W 1955 roku Norweg Birger Ruud, jeden z najwybitniejszych skoczków w historii narciarstwa, powiedział, że spośród skoczków, których zna, Polak Stanisław Marusarz stanowi fenomen, jest dowodem zwycięstwa tężyzny fizycznej nad czasem. Mając ponad 40 lat, wciąż był w światowej czołówce!
W 1926 roku, tuż przed zawodami, na rozbiegu Krokwi pojawił się mały, szczupły chłopak w góralskich portkach, kożuszku i kapeluszu. Miał zaledwie 13 lat (urodził się w 1913 r.), pragnął jednak startować w zawodach i zmierzyć się z seniorami. Sędziowie z początku nie chcieli dopuścić go do konkursu, ale w końcu, po długich namowach, ulegli. Chłopak zajął 3. miejsce, za Bronisławem Czechem (44 m) i Stanisławem Gąsienicą Sieczką. Po zakończeniu konkursu, uśmiechnięty, po raz pierwszy w życiu rozdawał autografy, a w nagrodę otrzymał to, o czym marzył – prawdziwe narty do skakania. Wkrótce zwrócili na niego uwagę działacze SN PTT: Józef Oppenheim i Ignacy Bujak. Przyjęli go do klubu. I tak zaczęła się kariera sportowa Stanisława Marusarza.
Po raz pierwszy skakał na skoczni w Jaworzynce:
Po skończeniu zawodów Jaworzynka opustoszała. Zostaliśmy sami z kolegami. Niewiele się zastanawiając, powziąłem decyzję – spróbuję sił na skoczni jaworzyńskiej! Narty miałem z sobą. Zacząłem się drapać na rozbieg, który był zbudowany z drzewa na znacznej wysokości. Przypomniały mi się przestrogi ojca, a przed oczami stanęły wszystkie chyba kaleki, jakie widziałem w życiu. Wahałem się przez dłuższą chwilę, czy w ogóle skakać. Ale oto doszedł mnie śmiech i drwinki kolegów. Moje postanowienie dojrzało.
Na złość kolegom wdrapałem się o dwa metry wyżej i bez namysłu ruszyłem w nieznaną przepaść. Na szczęście moje krótkie i niesmarowane deski słabo mnie niosły. Traciłem szybkość. Narty rozjeżdżały się na boki, gdyż rowki były krzywo żłobione. Skulony więcej ze strachu niż z potrzeby „stylu” zbliżałem się nieuchronnie do progu. Rany Boskie! Próg!!! Wyprężyłem instynktownie ciało i rzuciłem się do przodu niczym w paszczę niedźwiedzia.

Pierwsze wrażenie? Zachłysnąłem się silnym pędem powietrza, zimnego powietrza. Zdawało mi się, że zleciałem z turni wprost do stawu z lodowatą wodą. Pode mną rozwarła się przepaść stokroć większa, niż mogłem przypuszczać. Strach zabił całą emocję skoku. Nad zeskokiem szarpnąłem nerwowo ciałem. Efekt był taki, że wylądowałem na głowę. Mimo nieprawidłowego lądowania, poczuwszy „grunt pod głową” doznałem uczucia ulgi. Fikając koziołki, zsuwałem się po zeskoku w dół. Wykonywałem przy tym rozpaczliwe ruchy, starając się zachować prostą linię spadku, aby, znalazłszy się na przechodzącym w poprzek zeskoku mostku, nie stoczyć się do strumyka, co mi się zresztą szczęśliwie udało. Zatrzymałem się u podnóża skoczni, przy akompaniamencie głośnych drwin kolegów. Słabe tempo na rozbiegu spowodowało, że mimo wysokiego progu skoczyłem niewiele ponad 10 metrów. Tak wyglądał mój chrzest na zawodniczej skoczni. Nie przejmując się tym niefortunnym początkiem, postanowiłem przychodzić częściej na Jaworzynkę.1
Jeśli chodzi o starty olimpijskie, Marusarz zdecydowanie jest w polskiej czołówce: brał udział w czterech olimpiadach. Pod tym względem pokonał go tylko Tomasz Sikora, który ma na koncie pięć startów olimpijskich.

Pierwszą olimpiadą Marusarza była ta w Lake Placid (1932 r.). Mimo kiepskich warunków konkurs skoków się odbył, a na zawodników czekała niespodzianka: zeskok rozmiękł i utworzyło się spore jeziorko o głębokości około 30 centymetrów. Lądujący skoczek musiał ostro hamować, aby do niego nie wpaść. Niektórzy, by tego uniknąć, przejeżdżali przez zeskok i wpadali w słomę, ku uciesze widzów. Marusarz także zaliczył kąpiel i lądowanie w słomie. Ostatecznie zajął 17. miejsce.
Następny start olimpijski Stanisława Marusarza, a zarazem kolejny pojedynek ze Skandynawami, miał miejsce na IV Zimowych Igrzyskach w Garmisch-Partenkirchen (1936). Pojechali na nie: Bronisław Czech, Michał Górski, Stanisław Karpiel, Andrzej Marusarz, Stanisław Marusarz, Karol Zając i zjazdowiec Fedor Weinschenk oraz Marian Woyna-Orlewicz2. Kierownikiem drużyny olimpijskiej był doktor Aleksander Boniecki, a jego zastępcą Kazimierz Schiele. Przygotowaniami przedolimpijskimi zajął się PKOL, sprowadzono do Polski norweskiego trenera Haralda Sandwicka. Brak śniegu sprawił, że obóz przedolimpijski przeniesiono do Doliny Pięciu Stawów. Dla zawodników kupiono kilkadziesiąt par najlepszych norweskich nart.
Stanisław Marusarz pojechał na olimpiadę z grypą i wysoką gorączką. W prasie sportowej pisano:
Z Garmisch donoszą nam, że najlepszy narciarz Polski, Stanisław Marusarz, zachorował ciężko na grypę. W piątek (tj. 31 stycznia) po południu [jego] temperatura wynosiła 39 stopni. Marusarz znajduje się pod opieką dwóch lekarzy.3
Lekarz z wioski olimpijskiej zaaplikował mu sporą dawkę zastrzyków i powiedział: „Ale o starcie niech pan nawet nie marzy”. Nie docenił siły charakteru Stanisława Marusarza, który szybko zaczął chodzić na spacery, a po kilku dniach poszedł na skocznię i oddał dwa skoki. Oba niestety nieustane.

Do Garmisch-Partenkirchen przyjechali najlepsi skoczkowie świata: Birger Ruud, Sven Eriksson, bracia Reidarowie, Alf Andersen, Olaf Hoffsbaken, Oddbjørn Hagen i wielu innych. Stanisław Marusarz marzył o zwycięstwie w otwartym konkursie, który miał zostać rozegrany na zakończenie olimpiady. Podczas treningów nasz zawodnik po raz pierwszy skakał w nocy, na oświetlonej skoczni. W spisanych po latach wspomnieniach wyznał, że widział wtedy najpiękniejszy śnieg w życiu – skrzący się bajkowo w blasku reflektorów.
Marusarz wziął również udział w biegu złożonym (kombinacja norweska). Gdyby nie choroba, z pewnością osiągnąłby o wiele lepszy wynik.
Nazajutrz startowałem w biegu na 18 kilometrów (startowało 115 zawodników z 23 państw). Do trzynastego kilometra czułem się nadspodziewanie dobrze, gdybym wytrzymał tempo, zająłbym niewątpliwie jedno z czołowych miejsc. Niestety, choroba zrobiła swoje. Nagle zasłabłem przy podejściu i ostatnie pięć kilometrów przebyłem resztkami sił, zajmując w rezultacie osiemnaste miejsce. Z Polaków najlepiej wypadł Górski. Czech i Orlewicz zajęli dalsze miejsca. W konkursie skoków do kombinacji, w którym wzięło udział około siedemdziesięciu zawodników, zwyciężył doskonały Fin Valonen. Ja zająłem trzecie miejsce, zostawiając za sobą czołowych zawodników, austriackich i szwajcarskich. Był to wielki sukces. Gdyby nie osłabienie pochorobowe, prawdopodobnie rozstrzygnąłbym konkurs na swoją korzyść. W kombinacji norweskiej uplasowałem się ostatecznie na siódmym miejscu, co było świetną lokatą. Zwyciężył Norweg Hagen.4
Wszystkie trzy medale zdobyli Norwegowie. Marusarz zajął w kombinacji 7. miejsce, ex aequo z fińskim zawodnikiem Timo Muramą.
Stanisław Marusarz był przystojnym mężczyzną, bardzo podobał się kobietom. Jedna z wielbicielek wysłała mu do Garmisch-Partenkirchen telegram takiej oto treści:
Telegram numer 126 z Warszawy. Do Stanisława Marusarza, hotel Birkenhof, Garmisch-Partenkirchen. Startuj spokojnie, jestem zawsze przy Tobie, kolegom pozdrowienia – Michalska.
Dotarł on Marusarza przed konkursem skoków o 16.00.
Zawody na skoczni olimpijskiej zapowiadały się wspaniale. Zmagania przyszło oglądać 130 tysięcy widzów. Marusarz nawiązał równorzędną walkę z najlepszymi skoczkami Skandynawii: Birgerem Ruudem, Svenem Erikssonem, Reidarem Andersenem i innymi. Oddał dwa dobre skoki – 73 i 75,5 metra – które zapewniły mu 5. miejsce. Był to pierwsze punkty olimpijskie zdobyte przez Polaka na zimowych igrzyskach (następne zdobył Franciszek Gąsienica Groń w 1956 r.). Światowa prasa sportowa wysoko oceniła umiejętności „Marusara”, jak nazywano go w gazetach. Gdyby był zdrowy i w dobrej formie, zapewne zdobyłby dla Polski pierwszy medal olimpijski.

Popisowymi zawodami Stanisława Marusarza stały się mistrzostwa Polski w 1936 roku w Zakopanem. Zdobył wtedy dwa złote medale, jeden srebrny i jeden brązowy. Zwyciężył w najważniejszej konkurencji, kombinacji norweskiej, za którą przyznawano tytuł Mistrza Polski, i w konkursie skoków. Tak samo dobrze zaprezentował się w konkurencjach alpejskich: był 2. w zjeździe, w biegu na 15 kilometrów do kombinacji norweskiej i zajął 6 miejsce.
Jego kolejnym udanym startem był udział w Mistrzostwach FIS w Lahti w 1938 roku. Do zawodów przygotowywał się we Lwowie, gdzie pracował w sklepie sportowym Scott i Pawłowski. (Ze Lwowa pochodziła żona Marusarza – Irena z Jeziorskich).
W skład polskiej ekipy jadącej do Lahti weszło tylko pięciu narciarzy, a ich kapitanem sportowym był Henryk Szatkowski. Stanisław Marusarz szybko rozpoczął treningi na skoczni. Ta skocznia mu „leżała”, już na treningach skakał daleko. Miał groźnych rywali: do Lahti przybyło chyba z ośmiu kandydatów do złotego medalu, na przykład dziewiętnastoletni Asbjörn Ruud (brat Birgera i Sigmunda Ruudów) i jego kolega z reprezentacji Norwegii – Hilmar Myhra. Wszyscy skakali stylowo i daleko, tak jak Fin Lauri Valonen, wieloletni rywal Marusarza. Oprócz Norwegów groźni byli Szwedzi, a zwłaszcza Sven Eriksson. Tym razem nasz skoczek startował w pełni sił. Zajął 2. miejsce, dzięki skokom na odległość 66 i 67 metrów – to najlepsze miejsce, jakie zajął polski narciarz w okresie międzywojennym.
Po latach tak wspominał ten konkurs:
Ruszyłem z impetem w dół zeskoku. Od razu pierwszym skokiem – sześćdziesiąt sześć metrów – pobiłem rekord skoczni. Ruud skoczył „tylko” sześćdziesiąt trzy i pół metra. Ludzie na trybunach szaleli. Z radości rzucano w górę kapelusze. Rozentuzjazmowani widzowie wynieśli mnie na rękach z wybiegu, podrzucając i oddając sobie z rak do rąk. Doprawdy nie podejrzewałem Finów o taki temperament. Potem musiałem rozdać kilkadziesiąt autografów i pozować do licznych zdjęć.
Unoszono mnie coraz dalej, tymczasem lada chwila miała się zacząć druga seria skoków. Zanosiło się na to, że nie zdążę na rozbieg. Wreszcie stanąłem na nogach, z trudem przedarłem się przez tłum w kierunku schodków prowadzących na skocznię. Po drodze dowiedziałem się, że w pierwszej kolejce Myhra skaczący po mnie wyrównał skok, a w drugiej faworyt konkursu Asbjörn Ruud skoczył sześćdziesiąt cztery metry. Dosłownie w ostatnim momencie stanąłem na wieży rozbiegowej, ciężko sapiąc. Czy zdołam „przeskoczyć” rywali? Może ten skok zadecyduje o sukcesie? Trzeba chwilę odpocząć. Tymczasem chorągiewka startera opadła w dół. Wciąż sapiąc, nie ruszałem się z miejsca. Jeszcze kilka sekund wytchnienia. Sędzia startowy, zauważywszy, że zmęczyłem się szybkim podchodzeniem, porozumiał się telefonicznie z trybuną sędziowską. Sędziowie pozwolili mi odpocząć, ale nie pozwoliła publiczność…
Z większym jeszcze niż poprzednio impetem ruszyłem w dół, podniecony dopingiem publiczności i dużymi szansami na odniesienie zwycięstwa. Przysiadłem, jak tylko można było najniżej, aby nabrać szybkości. Na progu odbiłem się lekko, pracując rękami do punktu kulminacyjnego. Potem w nieruchomym locie przygotowywałem się do lądowania, uprzytamniając sobie, że w miejscu, w którym będę lądował – a zorientowałem się, że mam długi skok – na skutek przekroczenia punktu krytycznego skoczni zeskok jest już niemal zupełnie płaski i trzeba mieć naprawdę stalowe nogi, aby ustać. Przy dużych odległościach na tego typu skoczni napór na nogi jest tak ogromny, jakby skoczek dźwigał na plecach stukilogramowy ciężar. Udało mi się pewnie wylądować, niemniej impet uderzenia okazał się tak wielki, że na skutek ogromnego napięcia mięśni poczułem w nogach coś w rodzaju dreszczy i przejmującego kłucia, ot, jakby mnie ktoś od stóp do bioder chłostał drucianą szczotką. Zakończyłem skok ostrą krystianią.5

Stanisław Marusarz otrzymał nagrodę za najdłuższy skok dnia. A także… dywanik z reniferami.
W kombinacji klasycznej za pierwszy skok dostał dużo punktów, niestety upadek w drugiej serii pogrzebał szansę na dobre miejsce. Również w biegu na 18 kilometrów do kombinacji Marusarz uplasował się na dalekiej pozycji. Po zsumowaniu punktów za skok i bieg zajął 21. miejsce.
W jego karierze zdarzały się też momenty komiczne, jak podczas zawodów FIS w Chamonix (1947 r.):
W przeddzień zawodów, w czasie treningu, oderwała mi się podeszwa od pięty do połowy stopy. Tymczasem buty kolegów nie pasowały na moją nogę. Z braku franków o kupnie nowych butów nie było mowy. Nie pozostawało nic innego, jak szukać ratunku u szewca. Z trudem porozumiewałem się z Francuzem częściowo na migi, częściowo po niemiecku, prosząc o zreperowanie buta najpóźniej na drugi dzień rano. Nazajutrz o godzinie wpół do dziesiątej wpadłem jak bomba do szewca i ku mojemu przerażeniu stwierdziłem, że but leżał nietknięty. Konkurs rozpoczynał się o 11. Byłem zrozpaczony. A więc podróż do Chamonix pójdzie na marne. Nie mogę do tego dopuścić!
Porwałem but i jak szalony pobiegłem do hotelu. Pożyczyłem u portiera młotek i obcęgi. Gwoździ niestety nie było. Opadły mi ręce. Wściekły rzuciłem się na łóżko. Wtedy właśnie dokonałem niespodziewanego „odkrycia”. Pozdejmowawszy ze ścian we wszystkich pokojach naszej ekipy obrazki i fotosy, zebrałem sporo gwoździ różnego kalibru. Wbijałem je zamaszyście w zewnętrzne obszycie buta, zaginając na spodzie podeszwy. Koledzy popędzali mnie, gdyż za niecałe trzy kwadranse rozpoczynał się konkurs skoków. Samochód, który miał nas odwieźć pod skocznię, już czekał. Po skończonej robocie włożyłem but, który swoim wyglądem przypominał raczej but do wspinaczki wysokogórskiej, a gwoździe wbijały się w stopę. Nie myślałem o tym. Grunt, że podeszwa jako tako się trzymała. Na skocznię przyjechaliśmy w ostatniej niemal chwili.6
Pierwsze zimowe igrzyska po drugiej wojnie odbyły się Sankt Moritz (1948 r.). Wzięło w nich udział 700 sportowców z 28 krajów. Nie zaproszono zawodników z krajów odpowiedzialnych za wybuch wojny, nie było także sportowców z ZSRR, który igrzyska bojkotował. W skład polskiej reprezentacji weszli: Stanisław Marusarz, Józef Marusarz, Józef Daniel Krzeptowski, Jan Kula, Jan Gąsienica Ciaptak, Stefan Dziedzic, Tadeusz Kwapień, Stanisław Bukowski, Jerzy Schindler, Jan Pawlica i Leopold Tajner. Niestety Polacy nie odnieśli większych sukcesów.
Znów oddajmy głos Stanisławowi Marusarzowi (to były jego trzecie igrzyska):
Pierwszy konkurs skoków, który odbył się piątego stycznia 1948 roku, zakończył się dla mnie fatalnie – na 74 metrze na skutek miękkiego progu deski zapadły się w śniegu przy wybiciu i upadłem na głowę. W efekcie powtórzyła się bolesna kontuzja z 1937 r. z Chamonix – zerwanie przyczepów mięśniowych. W tym stanie rzeczy postanowiłem zrezygnować z wyjazdu na Olimpiadę. Jednak pomimo moich sprzeciwów wysłano mnie do Sankt Moritz.

Po przybyciu na miejsce udałem się natychmiast do kliniki urazowej, gdzie przepisano mi naświetlania. Niewiele one zresztą pomogły. Podczas skoku mogłem pracować kontuzjowaną prawą ręką tylko w ograniczonym zasięgu, gdy przesuwałem rękę bardziej ku tyłowi, opadała bezwładnie. Na skutek nieskoordynowanych ruchów – lewa ręka pracowała normalnie – po wybiciu z progu traciłem równowagę i znosiło mnie z prostej linii lotu na lewą stronę. Rozpaczliwe ruchy, jakie wykonywałem w powietrzu dla zachowania równowagi, odbiły się, rzecz jasna, ujemnie na długości i stylu. W konsekwencji uzyskałem chyba najniższą punktację w swojej karierze sportowej.7
Stanisław Marusarz zajął 27. miejsce (dwa skoki po 59 m).
W roku olimpijskim znowu znalazł się w czołówce Mistrzostw Polski, rozegranych w Karpaczu. W konkursie skoków był 1., wygrał z o wiele młodszymi zawodnikami: Janem Kulą i Mieczysławem Gąsienicą Samkiem. W slalomie zajął 4. miejsce. Sukces w skokach powtórzył na mistrzostwach kraju w Szczyrku.
W 1950 roku musiał zmienić barwy klubowe, ponieważ przestała istnieć SN PTT. Najlepsi zawodnicy, w tym Marusarz, przeszli do Wojskowego Klubu Sportowego. Nasz bohater startował w barwach WKS do końca kariery, czyli do 1957 roku.
Nadal był w czołówce polskich skoczków. Zwyciężył na mistrzostwach kraju w 1951 roku, rozegranych w Zakopanem – przed Antonim Wieczorkiem, Leopoldem Tajnerem, Janem Kulą i Józefem Danielem Krzeptowskim. W 1952 roku zdobył kolejny tytuł mistrzowski w skokach.
W tym samym roku Stanisław Marusarz i inni polscy skoczkowie przygotowywali się do VI Zimowych Igrzysk Olimpijskich w ojczyźnie narciarstwa – Norwegii. Znicz olimpijski dotarł do Oslo z górskiej wioski Morgedal, gdzie mieszkał pionier norweskiego narciarstwa Sondre Nordheim. Była to już czwarta olimpiada zimowa Stanisława Marusarza, miał wtedy 39 lat.
W skład polskiej reprezentacji weszli skoczkowie: Stanisław Marusarz, Antoni Wieczorek, Andrzej Gąsienica Daniel, Jakub Węgrzynkiewicz, Leopold Tajner, dwuboista klasyczny (kombinacja norweska) Józef Daniel Krzeptowski. Ponadto biegacz Tadeusz Kwapień, trzy alpejki – Barbara Grocholska, Teresa Kodelska, Maria Kowalska – oraz alpejczycy: Andrzej Czarniak, Stefan Dziedzic, Józef Marusarz (kuzyn Stanisława), Jan Płonka, Stanisław Wawrytko, Andrzej Gąsienica Roj i Jan Gąsienica Ciaptak. Chorążym polskiej reprezentacji został Stanisław Marusarz.
Wkrótce po przyjeździe do Norwegii nasi reprezentanci udali się do Kongsbergu, rodzinnej miejscowości narciarskiej dynastii znakomitych skoczków – braci Ruudów. Na dworcu przywitał Marusarza Birger Ruud. Rozpoczęli treningi na miejscowej, trudnej technicznie skoczni, zwanej Hannibalem.
Marusarz tak wspomina te skoki i otwarty konkurs skoków w Holmenkollen:
Profil skoczni kongsberskiej, podobnie zresztą jak i skoczni olimpijskiej w Holmenkollen, zupełnie nam nie odpowiadał, toteż osiągnęliśmy słabe wyniki. Mój nieudany start olimpijski przeżyłem boleśnie. Zresztą równie nieswojo czuli się na skoczniach norweskich inni zawodnicy zagraniczni. Nawet Fin Luiro, który na mamuciej skoczni w Obersdorf osiągnął fantastyczną odległość – 139 metrów, w Oslo zajął dopiero osiemnaste miejsce. Najlepiej z Polaków wypadł śląski zawodnik Wieczorek. W konkursie tryumfowali oczywiście Norwegowie.
W Oslo zauważyłem, że technika skoku uległa dalszej ewolucji. Kąt nart w powietrzu powiększył się do piętnastu stopni w stosunku do poziomu, podczas gdy dotąd dzioby nart do punktu kulminacyjnego były wzniesione lekko do góry, do dziesięciu stopni, a potem przechodziły do pozycji niemal równoległej do zeskoku. Ciało wychylone w tym stopniu, co dawniej, do przodu. Uderzała mniejsza praca rąk. Tak udoskonalony styl dawał bardziej dynamiczny lot i większą odległość. Pozwalał także na utrzymanie znacznego wychylenia do końca lotu, bez obawy, że skoczek w punkcie kulminacyjnym przeleci na głowę. Zresztą styl ten był w pewnym stopniu przystosowany do profilu norweskich skoczni. Przyswoiłem sobie pewne elementy tego stylu i robiłem eksperymenty z pozytywnym wynikiem.8

W otwartym konkursie skoków w Holmenkollen zwyciężył Norweg Arnfinn Bergmann, srebrny medal zdobył Torbjørn Falkanger, a brąz – Szwed Karl Holmström. W skokach Polacy zajęli następujące miejsca: Antoni Wieczorek – 24., Stanisław Marusarz – 27., Jakub Węgrzynkiewicz – 33., Leopold Tajner – 39.
Stanisław Marusarz po raz piąty otrzymał nominację olimpijską do Cortinie d’Ampezzo (1956), ale już tam nie wystartował. Otwierał tylko konkurs olimpijski na skoczni Italia. Karierę sportową zakończył w 1957 roku. Był jeszcze czwarty na mistrzostwach Polski – potrafił wygrać ze skoczkami prawie 20 lat młodszymi od siebie.
Często i chętnie spotykał się z młodzieżą, opowiadał o swoich startach i czasach okupacji, udzielał wywiadów, występował w telewizji. Gdy do Zakopanego przyjechał prezydent Finlandii Urho Kekkonen, Marusarz poszedł z nim na wycieczkę narciarską w Tatry. Otrzymał w prezencie piękną wiśniową wiatrówkę i zielone biegówki „Karhu”.
Marusarz był wielokrotnym rekordzistą Wielkiej Krokwi. Gdy tylko tracił ten tytuł na rzecz młodszego skoczka, starał się go odzyskać. W 1955 roku rekord Krokwi ustanowił Antoni Wieczorek (skokiem 86,5 metra). Marusarz wyzwał go na pojedynek – miał wtedy 42 lata. Oddał skoki 89, 90 i 92,5 metra, ale tego ostatniego nie ustał. Jak wspominali dziennikarze, straszliwie go sponiewierało. Mimo to podniósł się i powiedział: „Będę jeszcze skakał! Nie mogę się tego wyrzec, nie mogę!”. Wieczorek skoczył 91 metrów i ustał – był to nowy, choć nieoficjalny, rekord Krokwi.
W 1957 roku oficjalny rekord tej skoczni należał do znakomitego skoczka z NRD, Harry’ego Glassa. Marusarz wezwał najlepszych zakopiańskich skoczków, by ten rekord pobili. Po zakończeniu oficjalnego konkursu Marusarz, Andrzej Gąsienica Daniel i Roman Gąsienica Sieczka przystąpili do działania. Pierwszy skakał Marusarz – wylądował na 93. metrze, lecz nie ustał. Drugi skakał Sieczka: po wspaniałym locie uzyskał odległość 89,5 metra, tak więc pobił rekord o 1,5 metra. Kolega klubowy Sieczki, Gąsienica Daniel, skoczył 92,5 metra. Na skoczni wybuchł entuzjazm. W drugiej serii Marusarz pewnie skoczył 91 metrów. Drugi próbował Sieczka – 93,5 metra. Teraz wszyscy czekali na skok Daniela. Skoczył 98 metrów, lecz podparł się podczas lądowania.
W 1966 roku Marusarz został zaproszony do otwarcia Turnieju Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen. Postanowił skoczyć. Miał wtedy 53 lata i nie skakał przez dziewięć sezonów, więc jego decyzja wywołała wśród sędziów konsternację. W dodatku musiał pożyczyć narty i buty.

 

[…] zgodzono się na skok, ale organizatorzy podali jeszcze przez megafony esencję mojego życiorysu, poczynając od 1927 roku. Publiczność przyjęła mnie gorąco, a gdy spiker dodał istotny szczegół z mojej metryki, że mam 54 lata, na trybunach wybuchł prawdziwy entuzjazm. Później nastąpiła absolutna cisza. Zdawałem sobie sprawę, że muszę oddać skok poprawny stylowo i nie tyle długi, co ładnie wykończony. Za żadną cenę nie wolno mi upaść!
Z chwilą przypięcia nart odeszła wszelka trema. Doskonale mi się jechało do progu, odbiłem się lekko i trzymając ręce przy tułowiu wylądowałem pewnie i miękko. Robiąc już na wybiegu ostatnią ewolucję, śmignąłem obok pierwszych rzędów trybun. Widzowie ujrzeli skoczka w wizytowym garniturze, pod krawatem. Ale chyba nie to wywołało ów grzmot braw i donośne – Hurra! Ludzie szaleli. Później powiedziano mi, jakoby w tych zawodach nikt nie miał tak pewnego lądowania. Skoczyłem 66 metrów!9
W niemieckich gazetach pisano wtedy: Kapelusze z głów przed weteranem światowego narciarstwa, fenomenalnym Polakiem. Po wybiegu nosili Marusarza na ramionach najlepsi skoczkowie świata z Bjørnem Wirkolą na czele. Następnego dnia nasz bohater otwierał konkurs skoków na olimpijskiej skoczni Bergisel w Innsbrucku. Jak wspomina, na rozbiegu ciarki przeszły mu po plecach, gdy z góry zobaczył… cmentarz nieopodal skoczni. Ruszył jednak dzielnie i skoczył w granicach 70 metrów, przy aplauzie austriackiej widowni.
W taki sposób – z przytupem, po góralsku – zakończył karierę. Został uhonorowany najwyższymi odznaczeniami:
• Krzyżem AK
• Medalem Wojska Polskiego (dwukrotnie)
• Honorową Odznaką Żołnierza Komendy Głównej AK
• Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari
• Krzyżem Walecznych (dwukrotnie)
• Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta
• Krzyżem Kawalerskim Orderu Polonia Restituta
• Medalem Zwycięstwa i Wolności
• Złotym Krzyżem Zasługi.
Otrzymał tytuły Zasłużonego Mistrza Sportu i Zasłużonego Działacza Sportu oraz wiele innych odznaczeń.
Ostatni skok oddał w 1979 roku, jako sześćdziesięcioośmiolatek. Skoczył w filmie o samym sobie, którego reżyserem był Janusz Zielonacki.
Cztery lata później zapowiedział, że znowu będzie skakał:
Oczywiście, że gotów byłbym przypiąć deski i skoczyć. Ale nie na średniej, lecz na dużej skoczni. W czasie długiego skoku jest więcej czasu na skorygowanie błędów… Naturalnie przed wejściem na rozbieg musiałbym pojeździć trochę na Kasprowym.
Zmarł w Zakopanem 29 października 1993 roku, gdy przemawiał nad grobem przyjaciela z lat wojny – Wacława Felczaka. Został pochowany na Pęksowym Brzyzku.
Podsumowując swoją karierę sportową, Stanisław Marusarz powiedział:
Gdy spoglądam wstecz, wydaje mi się, że osiągnąłem wiele. Dla siebie i dla naszego sportu. Walkę i rywalizację z najlepszymi o najwyższe trofea dla polskich barw zawsze uważałem za swój patriotyczny obowiązek. I dlatego wierzę w to gorąco, że czerwona czapeczka nie pozostanie jedynym po mnie wspomnieniem.10

1 S. Marusarz, Na skoczniach…, dz. cyt.
2 Sport, Zakopane, 400 lat dziejów, praca zbiorowa, Kraków 1991.
3„Kurier Warszawski” 1936, nr 31, 1 lutego.
4 S. Marusarz, Na skoczniach…, dz. cyt.
5 Tamże.
6 Tamże.
7 L. Fischer, J. Kapeniak, M. Matzenauer, Kronika śnieżnych tras, Wydawnictwo „Sport i Turystyka”, Warszawa 1977.
8 S. Marusarz, Na skoczniach…, dz. cyt.
9 Tamże.
10 S. Marusarz, Na skoczniach…, dz. cyt.

Wojciech Szatkowski
Muzeum Tatrzańskie

Font Resize