Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Otwarte w 1889 roku

Tajemnicze Tatry, cz. 4 Legendarna Zamarła Turnia

Czarna Legenda Zamarłej Turni powstała w latach dwudziestych XX wieku w środowisku ludzi gór. Tajemnice naszych najwyższych gór dotyczą bowiem także świata szczytów i turni. Jednym z takich miejsc jest Zamarła Turnia. Kilka słów o legendarnej turni, która miała na sumieniu kilku świetnych taterników.

taterniczki odpoczywają przy skalnym głazie w Tatrach

Zamarła Turnia 2179 m. to dwuwierzchołkowy szczyt tatrzański położony pomiędzy Kozimi Czubami, a Zmarzłymi Czubami. Niedaleko od wierzchołka przechodzi słynny tatrzański szlak – Orla Perć. Południowa ściana Zamarłej to legenda polskiego taternictwa. Odkryta przez węgierskich alpinistów, braci Komarnickich, dość długo opierała się śmiałym zdobywcom. Wreszcie udało się i 23 lipca 1910 r. zespół czterech wspinaczy zakopiańskich: Henryka Bednarskiego, Leona Lorii, Stanisława Zdyba i Józefa Lesieckiego, przeszedł słynne urwisko. Używano konopnych lin, kutych haków i podkutych butów. Pierwszą kobietą, która z Bednarskimi pokonała urwisko, była Elżbieta Ziętkiewiczowa. W latach 20. dwukrotnie przeszedł ją solo „człowiek pająk” – Jerzy Leporowski. W późniejszych latach ściana została owiana czarną legendą. Zginęło tu kilku wspinaczy, jak Stanisław Bronikowski, Mieczysław Szczuka, siostry Marzena i Lida Skotnicówny. Pierwszy poważny wypadek zdarzył się tutaj w dniu 25 września 1917 roku. Dwóch taterników: Stanisław Bronikowski i Rafał Malczewski planują zdobycie ściany Zamarłej Turni. Dzień wcześniej wchodzą na szczyt Zamarłej i zakładają na górze stanowisko i zrzucają na południe linę, która ma im pomóc w zdobyciu ściany. Wcześnie rano podchodzą do Dolinki Pustej, wiążą się liną i rozpoczynają wspinaczkę. Pokonują dolne fragmenty ściany. Eksponowany dolny trawers, potem dotarli do rysy. Wpinają karabinek w stary hak, zostawiony tutaj przez pierwszych zdobywców. Bronikowski jako pierwszy prowadzi na linie i kontynuuje wspinaczkę. „Malczewski zostaje na stanowisku asekuracyjnym koło graniastosłupa. Bronikowski idzie więc pierwszy. Ma teraz do pokonania najtrudniejszy odcinek drogi – lecz lina!.. Lina jest tak blisko, że ani Malczewski, ani Bronikowski nie myślą o niczym innym. Lina ułatwi przebycie diabelskiej przewieszki w kominku, zagradzającej drogę na szczyt. Lina uwolni od lęku. Prędzej, prędzej! Szóste przejście prawie już w kieszeni! Odległość od haka wynosi już piętnaście metrów. Gdyby nie bliskość liny, wspinacze nie pozwoliliby sobie na podobną lekkomyślność. Bronikowski wychodzi nieco z rysy, wyciąga rękę i w momencie kiedy już ma dosięgnąć liny, rozlatuje się chwyt pod prawą ręką. Bronikowski odpada, leci. Przelatuje podwójną długość liny. W ułamku sekundy Malczewski zdaje sobie sprawę z popełnionego błędu: żadna lina nie wytrzyma takiego szarpnięcia. Lina dotyka skały… Bronikowski leci jak kamień na głazy Pustej Dolinki”[1].

Ostra, granitowa skała przecięła jak nożem konopną linę. Bronikowski ginie. Malczewski zostaje sam w stromym, eksponowanym terenie. Z kawałkiem liny, przywiązuje się nią do haka i woła o pomoc. Na wąskiej półeczce skalnej czeka na ratunek. Ma wsparcie. Koleżanka z wiedeńskiego klubu CAP podnosi go na duchu. Jest pod ścianą i rozmawia z Rafałem, który jest na progu załamania nerwowego. Malczewski wytrzymuje i rano pojawiają się ratownicy. Ściągają taternika ze ściany.

 

W księdze wypraw ratunkowych TOPR czytamy:

 

„Do gminy w Zakopanem zgłosił się J. Bustrycki o godz. 4.30 po płd. dn. 25 września i zawiadomił sierżanta policji, Tylkę, że tegoż dnia na Zamarłej Turni spadli dwaj turyści. Jeden z nich zabił się na miejscu, drugi wisi w ścianie. Sierż. Tylka zawiadomił mego gospodarza, od które po powrocie do domu, o godz. 5.30 po płd. dowiedziałem się o wypadku. (wz. Józef Oppenheim). Rok 1917. Przebieg akcyi ratunkowej. Wobec braku członków czynnych Pogotowia, którzy po większej części zostali powołani pod broń, zorganizowałem wyprawę z ochotników, którzy pod moim kierunkiem wyruszyli tegoż dnia o godz. 7.10 wieczór. W skład wyprawy weszli ochotnicy: E. Kaleciński, K. Przanowski, W. Gasparski, E. Pawłowski i Jan Hubert. O godz. 8. 40 wiecz. byliśmy na Hali Gąsienicowej, gdzie od bawiących tam turystów dowiedzieliśmy się o szczegółach wypadku, mianowicie, ze przy wejściu południową ścianą na Zamarłą Turnię, jeden z dwu wspinających się turystów, Stanisław Bronikowski, odpadł od ściany poniżej górnego trawersu i zerwawszy w upadku podwójnie wzięte asekuracyjne liny, zabił się na miejscu. Ciało leży w Dolinie. Drugi, Rafał Malczewski, uwiązawszy się do haka, oczekuje w ścianie pomocy. O godz. 2 w nocy wyruszyliśmy z Hali Gąsienicowej. Do oddziału przyłączył się ochotnik A. Terlecki. O godz. 6 rano byliśmy na Zamarłej Turni. Tu zostawiwszy trzech ludzi na szczycie, sam z czterema zszedłem 30 m poniżej, na siodełko przed górnym kominem, skąd Hubert, asekurowany liną zeszedł po złomach 35 m niżej i rzucił Malczewskiemu linę. Malczewskiego wyciągnięto do góry i o godz. 7.30 rano stanęliśmy na szczycie turni., skąd powrót do Zakopanego Hubert, Kaleciński, Przanowski i Pawłowski zeszli do Dol. Pustej, zaszyli w płótno i znieśli niżej ciało ś.p. Bronikowskiego. Następnego dnia 27 września udała się przez Kozią Przełęcz do Dol. Pustej nowa wyprawa w następującym składzie: ochotnicy: Kaleciński, Hubert, Zwoliński, T. Osiecki i 2 nieznanego nazwiska oraz człon. Straży Rat. H. Bednarski i zniosła ciało do Roztoki, gdzie stanęła o godz. 1.1o po południu. Z Roztoki ciało śp. Bronikowskiego zostało przeniesione do Zakopanego. Druga ta wyprawa pozostawała również pod moim kierunkiem. Naczelnik Straży Ratunkowej: Józef Oppenheim”[2].

Finał wyprawy jest szczęśliwy.

Uratowano życie ludzkie.

Rafał Malczewski staje się odtąd bliskim przyjacielem naczelnika. Jego ojciec, znany polski malarz, Jacek Malczewski, pragnie się zrewanżować Oppenheimowi za uratowanie życia syna. Proponuje mu do wyboru jakiś swój obraz. Ten odmawia grzecznie. „Dał do zrozumienia, że takie rachunki reguluje samo życie” – napiszą autorzy W stronę Pysznej. I mają rację.

 

portret Mieczysława Szczuki z Warszawy

 

Kolejny wypadek miał miejsce po 10 latach. W zerwach południowej ściany ginie taternik nad taternikami – Mieczysław Szczuka. 13 sierpnia 1927 r. pod Zamarłą Szczuka zjawia się w towarzystwie dwóch młodych i niedoświadczonych turystów. Ekstrawaganacja? Tak, wspinacz chce zadrwić z mitu Zamarłej i przeprowadzić przez nie ludzi, którzy nie mieli dotąd do czynienia ze wspinaczką. W książce W stronę Pysznej czytamy: „Pod ścianą krótka lekcja techniki wspinaczkowej… Idzie prędko Wychodzi wysoko, nie liczy się zupełnie z długością liny. Zresztą, zna drogę,. Wie, gdzie czekają trudności i jak należy je pokonać… Łatwość, z jaką Szczuka porusza się w ścianie, dopinguje młodych. Ruszają za Szczuką bez uprzedzenia. Jako drugi wspina się dziewiętnastoletni maturzysta, Jerzy Ramert. Odpada od skały po kilku metrach. Upadek Ramerta jest dla Szczuki zupełnym zaskoczeniem. Nagłe szarpnięcie wyrywa taternika ze stanowiska. Szczuka leci. Zatacza łuk w powietrzu i wali się na głazy”. Tym razem o wypadku zadecydowała brawura taternika. W kolejnym było podobnie. Śmierć sióstr Skotnicówien nastąpiła przy pierwszej próbie czysto kobiecego przejścia w 1929 r. Dziewczęta były młode, piękne, śmiałe, jak na tamte czasy i niezależne. Starszą z nich była Marzena, urodzona 13 października 1911 roku w Zakopanem. Dokonała ona kilku ważnych tatrzańskich przejść  mężczyznami, były to następujące wspinaczki: pierwsze przejście północno-zachodniej ściany Kozich Czubów, pierwsze przejście krawędzi Żółtego Szczytu, pierwsze przejście północnej ściany Rywocin,   wejście ścianą Małego Lodowego Szczytu. Wspinając się głównie z taternikami z grupy tzw. „Syfonów” Marzena wzięła udział w pierwszym przejściu pn. ściany Małego Ostrego Szczytu, pn.-wsch. żebra Ponad Kocioł Turni i innych wspinaczkach. Widać było, że dziewczyna ma talent. Jednak jej wspinaczki z mężczyznami już przestały wystarczać. Chciała czegoś więcej, a ponieważ Lida wspinała się coraz lepiej zaproponowała właśnie jej przejście południowej ściany Zamarłej, ale w czysto kobiecym zespole. Lida, mimo że młodsza, była jeszcze większym talentem niż jej siostra. Wspinała się dużo z Bronisławem Czechem i Wiesławem Stanisławskim, który zakochał się w tej pięknej kobicie i byli parą. Lida pokonała północną ścianę Żabiego Konia bardzo trudną drogą od Morskiego Oka, dokonała pierwszego przejścia południowej ściany Niebieskiej Turni, pierwszego przejścia zachodniej ściany Kościelca i kilku innych. Skały jej sprzyjały i z chęcią przyjęła propozycję starszej siostry. Dziewczyny wyszły z Zakopanego w niedzielę 6 października 1929 roku. Podeszły pod ścianę i związały się liną. Tymczasem powyżej wspinał się już zespół trzech taterników, którym przewodził Bronisław Czech. Skotnicówny ruszyły. Ich zapał i determinacja były napięte do granic.  Dziewczyny wspinały się szybko i idąca na przedzie Lida dogoniła nawet chłopaków i poczęstowała ich cukierkami. Po chwili odpoczynku zespół Czecha kontynuował wspinaczkę. Mężczyźni ruszyli, a dziewczęta poczekały i ruszyły ze stosownym odstępem, a następnie zbliżyły się do najtrudniejszego fragmentu wspinaczki, pod przewieszkę. Te trudności okazały się jednak za trudne. Mimo całej wirtuozerii Lidy pokonanie przewieszki przekroczyło jej umiejętności i możliwości  techniczne, a może i fizyczne. Lida odpadła od skały i poleciała w dół, pociągając za sobą Marzenę. Karabinek, który powinien wytrzymać szarpnięcie  ciała, rozgiął się i dziewczęta poleciały wprost w piargi Doliny Pustej. Śmierć była szybka. Czyli jaka?  Tępe uderzenie w skały i…cisza. Bronisław Czech zobaczył: „lecącą głową w dół Lidę i falującą za nią wężykowatym ruchem linę. Marzeny zaś, z powodu zasłaniającej ściany skalnej, nie widzieli. Dopiero przy przekraczaniu tzw. nyży zobaczył Br. Czech i jego towarzysze leżące dwa ciała w przepaści u stóp Zamarłej Turni” – sucho zaznaczył Bujak. Komentarze nie bawił się w niedomówienia: „Obie runęły (…) z wysokości 30 metrów. Turyści pospieszyli (…), aby udzielić pomocy nieszczęśliwym ofiarom. Niestety, znaleziono już tylko dwa zniekształcone trupy„. Czarna Pani z Doliny Pustej święciła kolejny triumf. Julian Przyboś, znany poeta Awangardy, poświęciła Marzenie wiersz, zadedykowany „taterniczce, która zginęła na Zamarłej Turni”. Julian był zakochany w Marzenie. Pisał:

 

„Słyszę:
Kamienuje tę przestrzeń niewybuchły huk skał.
To – wrzask wody obdzieranej siklawą z łożyska
I
gromobicie ciszy.
Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem,
uciszę,
lecz –
Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr.
To zgrzyt
czekana,
okrzesany z echa,
to tylko cały twój świat,
skurczony w mojej garści na obrywie głazu;
to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt.
Na rozpacz – jakże go mało!
A groza – wygórowana!
Jak lekko
turnię zawisłą na rękach
utrzymać i nie paść,
gdy
w oczach przewraca się obnażona ziemia
do góry dnem krajobrazu,
niebo strącając w przepaść!
Jak cicho
w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą”.

Zamarła był to też symbol taternictwa przedwojennego i kobiecego. Legenda Tatr – Wiesław Stanisławski ściągany jest ze ściany przez TOPR. To pokazuje jak ściana była i jest trudna. Dopiero w 1960 r. pierwszego przejścia kobiecego dokonały: Halina Krüger i Danuta Topaczewska. W dzisiejszych czasach na Zamarłej wytyczono kilkadziesiąt dróg wspinaczkowych o różnym stopniu trudności0becnie trudności górnego trawersu z uwagi na obrywy wykroczyły poza V stopień i są wyceniane na VI-. Wawrzyniec Żuławski tak pisał o ścianie: „Wprost od północy zagrodzą Ci drogę płyty urwiska, pionowo opadające na piargi doliny. Bije od nich niedostępność, surowa potęga i groza. Bije zuchwała pewność swej mocy. Któż by się poważył atakować ten nieprzebyty mur? Jakiż śmiałek powierzyłby swe życie tym odstraszająco gładkim zerwom?”. Nawet i dzisiaj przejście Zamarłej jest taternickim „chrztem”. Czxarna legenda zniknęła w morzu turystów przemierzających Orlą Percią w pobliżu owianego złą sławą szczytu. A Czarna Pani z Dolinki Pustej też coraz rzadziej jest widywana. Tłumy turystów nie sprzyjają porządnemu straszeniu taterników. No cóż, takie czasy, że nawet legenda staje się czymś powszednim…

 

Tekst: Wojciech Szatkowski/Muzeum Tatrzańskie

 

 

[1]      W stronę Pysznej…, s. 222-223.

[2]      Księga wypraw ratunkowych TOPR, s. 57-58.

Font Resize