„SEN TROPIKALNEGO SŁOŃCA. WITKACY I ZAKOPANE”

„SEN TROPIKALNEGO SŁOŃCA. WITKACY I ZAKOPANE”

„SEN TROPIKALNEGO SŁOŃCA. WITKACY I ZAKOPANE”

Artystki i artyści:

Marceli Adamczyk, Paweł Althamer, Przemek Branas, Maria Bujakowa i Tadeusz Brzozowski, Henryk Burzec, Ewa Ciepielewska, Wacław Czubernat, Wanda i Wiktoria Gentil-Tippenhauer, Krzysztof Gil, Justyna Górowska, Wiktor Gutt i Waldemar Raniszewski, Władysław Hasior, Irenka Kalicka, Antoni Kenar, Eustachy Kossakowski, Joanna Malinowska i C.T. Jasper, Grzegorz Pecuch, Agnieszka Polska, Katarzyna Przezwańska, Zofia Rydet, Józef Różyski, Antoni Rząsa, Kazimierz Sichulski, Janek Simon, Zofia Stryjeńska, Edward Sutor, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Stanisław Witkiewicz, August Zamoyski

Artystki, artyści i ekspertki, eksperci zaproszeni do programu towarzyszącego:

Maciek Cholewa, Przemek Branas, Krzysztof Gil, Justyna Górowska, Mikołaj Spodaryk, Marek Średniawa

Kuratorka:

Ania Batko

Aranżacja i identyfikacja wizualna projektu:

Parastudio/ Damian Nowak i Grzegorz Podsiadlik

Koordynacja i współpraca merytoryczna:

Zofia Radwańska

Punktem wyjścia wystawy „Sen tropikalnego słońca. Witkacy i Zakopane” jest wyprawa artysty w tropiki z 1914 roku, ale też domniemana i dżunglowa aura prehistorycznego Zakopanego. Wyobrażenie o zakopiańskim Cejlonie, które Witkacy opisywał w kategoriach snu, pokazujemy na tle intelektualnej i artystycznej atmosfery przedwojennej Polski, jednocześnie odnosząc ją do kontekstu lokalnego, sztuki czasów PRL i sztuki współczesnej.

***

Historie są dwie. Dopiero później skleją się w jedną. Rosną tu dęby, drzewa cynamonowe i palmy. Obok litewskich drzew rozpierają się króle arabskich oaz. Z daleka dymią wulkany. Pośród tego archipelagu Tatry sterczą jak jaki Cejlon ukazując stoki i wierzchołki tonące w nadmorskiej mgle. Mieczysław Limanowski opisuje prehistoryczne Zakopane. Cejlońską halucynację i widmo tropikalnego Podhala. Paleoceńską faunę i florę. Pisze: „Sapiąc, wydobywa się z wody ociężała masa cielska, która staje na dwóch nogach jak człowiek i kroczy ku paprociowym gęstwinom”. To Inguanodon. Jaszczur, który właśnie zabiera się do pracy. W tym samym mniej więcej czasie piętnastoletni Witkacy rysuje dwie plansze. Wyspy pretatrzańskie i krajobraz tryasowy. Oba rysunki mają staną się częścią geologicznej wystawy, na której mistyk geologii zaprezentuje prehistoryczne kości niedźwiedzia znalezione w Jaskini Magurskiej i wizerunek zakopiańskiego pitenkantropa. To nic, że wyniki niezależnej ekspertyzy wskazują, że szkielet jest współczesny, a wizerunek prehistorycznego Zakopiańczyka to rekonstrukcja słynnego człowieka z Jawy. Rzeźba Eugene Dubois, który dwa szczątki homo erectusa, kawałek czaszki i kość udową oraz sylwetę pozującego mu do aktu syna, scala w figurę urokliwego małopoluda. Mit już się stał.

 

Teraz ta druga. „Mimo wczesnego ranka żar wprost piekielny spotęgowany przesyceniem powietrza wilgocią. Przez rozedrgany w słońcu opar widać brzeg niski, pokryty palmami i czerwonawe domy wśród nieprzyjemnie jadowitej zieleni. Ani śladu tropikalnego uroku. Obcość przykra, a nie dziwaczna: jakby jakiś nudny, a złowrogi sen”. Pierwsze wrażenie jest przykre. Błyszczą nagie ciała w kolorze czarnego brązu i czerwonej czekolady. Potworna postać o łagodnych oczach i twarzy pokrytej wysypką studiuje własną religię w angielskim przekładzie. Monsoon wieje tak jak z dna rozgrzanego pieca dmą jakieś piekielne miechy. Te tropiki opisuje Witkacy w reportażu opublikowanym w „Echu Tatrzańskim”. I opisuje je tak, jak gdyby je właśnie wyśnił. W rzeczywistości na Cejlon wyruszy kilka lat wcześniej. A jeszcze wcześniej jego narzeczona Jadwiga Janczewska przedawkuje unosząca się nad Podhalem zakopaninę i zastrzeli się w Tatrach. Targany wyrzutami sumienia namówi Bronisława Malinowskiego by ten zabrał go w antropologiczną podróż. Na statku na zmianę czyta powieści Josepha Conrada i spisuje nowe wersje testamentu. Śpi z rewolwerem pod poduszką. W tym samym czasie Conrad bawi w Zakopanem. I tu Tatry objawiają mu się w bajecznym mirażu. Z podróży w tropiki Witkacy przywozi jedno zdjęcie. Albo tylko to jedno znamy. W białym stroju i kolonialnym hełmie pozuje na tle piramidy Cheopsa. Żal mu tropików, ale tak naprawdę jak Izi, bohaterce „Tumora Mózgowicza”, żal mu nie wiadomo czego. Na końcu „zostanie tylko sen. Wspomnienie niebyłych nigdy wypadków”.
Jak pisze Bronisław Malinowski w „Argonautach zachodniego Pacyfiku”, antropologicznej rozprawie, w której zaczarowany ogród poza czasem nakłada się na dziki okrzyk Kurtza z conradowskiego „Jądra ciemności”, „opisawszy scenę i aktorów przejdźmy teraz do samego przedstawienia”. Kiedy Witkacy wraca nic już nie jest takie samo. Dżunglowe miazmaty wypełniają „zabójczą dla tuberkulicznych bakcyli i pełną wściekłego dopingu dla ospałych fagocytów”, atmosferę. Odpryski cejlońskiego klimatu wciskają się w zakopiańską czasoprzestrzeń. W miasto które rozrasta się jak pleśń. Jest duszno, a oba pejzaże napierają na siebie w dzikim splątaniu. Jak grzyby po deszczu powstają tropikalne dramaty, takie jak „Tumor Mózgowicz” i „Mister Price czyli Bzik Tropikalny”, materializują się australijskie pejzaże, nawet jeśli Australii Witkacy nigdy nie zwiedził, i portrety znajomych oplecionych dżunglowym sztafażem, bananami, palmami i owocami granatu. Obrazy zaludnia nastroszony radża o purpurowo-czekoladowej skórze, nosorożec na tle pokrytych niby lukrem gór albo blondwłosa Marysia i demoniczny Burek, którzy na Cejlonie spotykają czarną pumę. Też słoń, może ten sam, którego Hela Bertz w „Pożegnaniu jesieni” koniecznie chce pchnąć laską w trąbę.

Witkacy pokazuje część z nich w Zakopanem w 1919 roku. Niejaki „Be” w liście do redakcji „Echa Tatrzańskiego” nazywa je „koszmarem potwornie bolesnej zmysłowości” i „wybujałym snem tropikalnego słońca”. Tyle, że jak chce Witkacy, ten sen jak każdy inny, nie jest przeżywany w momencie śnienia.

 

Wróćmy do Conrada. Znaczenia powieści jak u Marlow’a, nie szuka się jak pestki we wnętrzu, ale na zewnątrz, w mgle która ją otacza niby widmowa aureola księżyca. Z tą historią jest podobnie. Tu wszystko splata się i znów rozwarstwia jak za długo ubijana śmietana. Pożyczona egzotyka miesza się z tą wymyśloną. Orient przywieziony z dalekich, nawet jeśli tylko fotelowych podróży nakłada się na ludowość wywiedzioną ze słowiańskich legend i plebejskich tradycji. Efekt cargo ociera się o samofolkloryzację. A spojrzenia krzyżują. Zwłaszcza kolonizującego i kolonizowanego. Tropiki to tylko utopia. Piękność której koszmar polega na tym, jak chce Witkacy, że sama siebie nie widzi. Przypomina to 100 lat samotności, jak pisał Jan Gondowicz, tę „najgęściej zaludnioną w dziejach samotność”. I dżunglę zamieszkaną przez plemiona, które nie mają drugiej szansy na Ziemi. W cejlońskie Zakopane wciska się „Nietota Księga Tajemna Tatr”, wydane w 1910 roku opus magnum Tadeusza Micińskiego, które czyta się jak orientalną mitologię. Miciński opisuje w niej śpiące w jodłach jednorożce, krzyczące pawie i ogromne iguanodonty pożerające drzewa, ale też iście cejloński klimat i Stasia – księcia Huberta, który podwodną łodzią krąży wokół tatrzańskich szczytów i rwie się na ocean dziko szalejący. Wdziera się księżniczka polskiego malarstwa i rozczochrana półwariatka. Zofia Stryjeńska, która w latach 50’ w tej samej stylistyce co wcześniej ludowe postacie, maluje czarnoskóre dziewczyny w złotej biżuterii. Osławione hiperknoty. Prace podpisuje pseudonimem „Mokka”. Jak kawa z domieszką mleka i czekolady. Wkracza Stanisław Witkiewicz i jego wyssany z palca styl zakopiański okraszony legendą najwspanialszej, bo góralskiej rasy. Ale też sposób zakopiański Edgara Kovatsa, eklektyczny konglomerat historyzującej maniery i podhalańskiego folkloru, z którym Witkiewicz toczy zażarty spór o nigdy nieistniejącą zakopiańskość. Do tej ikonografii tropików przenika też nigdy nie wydany „Upiór żabiej przełęczy” i Bogdan Filipowski, postać o pseudonimie duch, morfinista i wróżbita, którego Witkacy sportretował jako hinduskę w geometrycznych kolczykach, formiści, którzy na swojej pierwszej wystawie w 1917 roku na modłę zachodu pokazują sztukę prymitywną, tyle, że zamiast afrykańskiej, góralską, dziewiętnastowieczne wyprawy w dzikie Tatry, z których jedyną rzeczą jaką można było w formie pamiątki przywieźć były dziwne kolorowe kamienie pachnące fiołkami i Paul Gauguin, którego młody Witkacy czcił jak bożyszcze, zanurzony w wonnej i lepkiej atmosferze, nawet nie Tahiti, a frenetycznego „Noa noa”.

 

Teraz wróćmy do plansz z wystawy geologicznej. Wyobrażeń o Zakopanem z bujną roślinnością i palmami, osnutego duszną aurą dżunglowych miazmatów, zanurzonego w egzotycznych wodach i jednocześnie dowodów na to, że klimat w Zakopanem panował kiedyś iście cejloński. Obie, z tych samych powodów, co czarownice spłoną w piecach Muzeum Tatrzańskiego na początku lat 50’. A przynajmniej tak mówi jedna z wersji tej historii. Mają rozsadzać radziecką politykę i przeczyć oficjalnej linii kulturalnej partii. PRL nie potrzebuje zapożyczonej egzotyki. Też dlatego, że ma własną. Utowarowioną ludowość wprzężoną w etos nowoczesności. Budowane w Addis Abebie w ramach przyjaźni polsko-etiopskiej domy w stylu witkiewiczowskim i wyroby Cepelii, w tym również Zakopiańskich Warsztatów Wzorcowych, które stają się głównym towarem eksportowym komunistycznej Polski. W ten mit wyrosły na innym micie, wrasta Antoni Kenar z neoplemiennymi rytami przypominającymi malowidła w Lascaux, Władysław Hasior i jego fascynacja sztuką samorodną, która przypominać ma „dzikie kwiaty w naturalnym środowiska” i Antoni Rząsa, który ludową estetykę swoich rzeźb krzyżuje z orientalną fizjonomią twarzy pożyczonych z podróżniczego i wydawanego w czasach kiedy te podróże limitowano, magazynu „Kontynenty”.

 

 

Żal mi tropików – pisze Witkacy wracając z Cejlonu w liście do Malinowskiego. Pisze też, przy różnych okazjach: Żar czarny i bezduszny. Ciało, które przy dotknięciu pali piekielnym żarem. Piekielny żar spowodowany przesyceniem powietrza wilgocią. Żar od rozpalonej ziemi pali od dołu jak od rozżarzonej blachy. Rozżarzone słońce oślepia. I może właśnie ono w widmowym blasku czyta: Żar mi tropików.

 

„Sen tropikalnego słońca” to opowieść w opowieściach, wystawa, która działa na zasadzie prawa Schielego – między każde dwie wille w Zakopanem, da się wstawić trzecią, brzydszą od obydwu sąsiednich”. Bo ten koszmar się nie kończy, a dalszy ciąg tego potwornego snu, jak chce Witkacy, przedłuża się. Nawet jeśli w tym samym momencie, on sam przewraca się w grobie. A raczej przewracałby, gdyby tylko w nim był.

 

Patronat medialny:

TVP Kraków, Radio Kraków, „Tygodnik Podhalański”, Zakopiański Informator INFOGRAM, Informator Miejski ZAKOPANE.PL. Podhalański serwis informacyjny www.watra.pl. półrocznik „Witkacy!” Współczesna oraz Magazyn SZUM

Instytucje wypożyczające:

Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Biblioteka Narodowa w Warszawie, Fundacja Galerii Foksal, Fundacja Profile, Fundacja Rodziny Staraków, Fundacja Sztuki Polskiej ING, Galeria Antoniego Rząsy w Zakopanem, Galeria Dawid Radziszewski, Galeria Raster, Książnica Pomorska im. Stanisława Staszica w Szczecinie, Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem, Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, Muzeum Narodowe w Krakowie, Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Muzeum Ziemi – Polska Akademia Nauk w Warszawie, Ośrodek Dokumentacji Tatrzańskiej w Zakopanem

 

Podziękowania:

Julita Dembowska, Angelika Kuźniak, Magdalena Kwiecińska, Ewa Łączyńska-Widz, Piotr Mierzwa, Stefan Okołowicz, Marcin Pańtak, Aleksandra Pietrzak, Zenon Remi, rodzina Stryjeńskich oraz Martine i Antoine Sokolowski, Kola Śliwińska, Ewa Tatar Marcin Warchałowski, Michał Woliński, Natalia Zarzecka

 

Współpraca: Instytut Witkacego w Warszawie

 

Wystawa jest częścią projektu „Tropikalne uroki. Witkacy i Zakopane” dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Wpisz szukane wyrażenie